„Pieniądze są, a miłości nie”, ale jest „Miłość w Leningradzie” – opowieść na zakończenie sezonu [audio]

Klik, jak chcecie posłuchać zamiast poczytać.

To był piątek. Uciekłam z pracy wcześniej, żeby zdążyć na autobus do Gliwic. Nie byłam wtedy w najlepszym humorze, przyznaję. Zdarzają się czasem takie dni, że człowiekowi nic się nie chce, ale jechałam na Śląsk z nadzieją, że się odstresuję.

Cóż… powiedzieć, że się „odstresowałam” to jak nic nie powiedzieć 😛 Dawno tak nie zresetowałam mózgu. Ostatnio to było chyba w Porto, kiedy przez trzy dni chillowałam i piłam wino. Tutaj miałam wrażenie, że pojechałam nie do Porto, a do Rosji, a wiecie, że w Rosji to nie wino jest standardowym trunkiem, więc wszystko idzie jakoś szybciej.

Nie ja sama do Gliwic wtedy przybyłam. Na zaproszenie Kasi (Kulturalna Pyra) przyjechały, dosłownie, blogerki z całej Polski 😀 Była Aga z Wrocławia (Szwarcu w Teatrze), Danka i Żarna z Warszawy (One Vision), Monika z Opola, bez bloga, ale z instagramem 😛 Była też druga Monia, która mieszka w Chorzowie (Spojrzenie na musical), no i ja z Krakowa. Myślę, że kiedyś można by zrobić z tego coroczną imprezę 😛

Spektakl, na którym byłyśmy to „Miłość w Leningradzie” w Teatrze Miejskim w Gliwicach w reżyserii Łukasza Czuja. Kasia jakiś czas temu napisała o nim świetną recenzję na swoim blogu, do której Was odsyłam. Tak się złożyło, niezbyt szczęśliwe, że Łukasz Czuj, który pełnił również funkcję dyrektora artystycznego Teatru Miejskiego, z końcem czerwca w wyniku nie do końca zrozumiałej decyzji dyrektora głównego zakończył swoją przygodę z tym miejscem, a piątkowy spektakl był jego ostatnim w tej roli. Dlatego był wyjątkowy.

Zarys tła. Jesteśmy w rosyjskim klubie „Lyubov” (miłość). Moim zdaniem, trudno jest się tu doszukać fabuły. „Miłość w Leningradzie” można traktować jako koncert zagrany aktorsko. Usłyszymy tu niesamowicie wpadające w ucho piosenki rosyjskiego zespołu rockowego Leningrad. Niesamowicie wpadające w ucho, bo usłyszałam je RAZ, a od piątku większość z nich bez przerwy nucę. To jest jak wirus! Leningrad jest kontrowersyjnym zespołem, podobno znienawidzonym przez Putina. Mają nawet zakaz koncertowania w Moskwie, więc można się domyślać, że z ich tekstów wypływa krytyka systemu i gorzka refleksja nad dzisiejszym światem.

Artyści grali na pełnej petardzie. Zdarzały się wpadki, ale potrafili tak to sprytnie ograć, że widownia prawie nie przestawała się śmiać. Z wyjątkiem tych kilku osób, które wyszły w trakcie 😛 Podobno często się to zdarza, bo „Miłość w Leningradzie” zdecydowanie nie jest dla wszystkich. Dystans jest zalecany 😀 Trzeba być przygotowanym na przekleństwa, lejącą się litrami wódkę i sprośne żarty, bo ten spektakl to kolejny dowód na to, że Rosja to nie kraj, a stan umysłu.

A co to za wpadki? Na samym początku odgrywającemu jedną z głównych ról Mariuszowi Kiljanowi nie wypięły się rurki, którymi podłączony był do „kroplówek” przy łóżku i, jak sam mówił po spektaklu, prawie się udusił 😛 Przez to też spadł mu mikroport. Przez chwilę trzymał go ręką przy twarzy, ale potem Mirka Żak tekstem „Jacuś, chodź pomożesz, a potem się napijesz” zawołała technika, który uratował sytuację.

Mariuszowi Kiljanowi partnerował na scenie Tomasz Mars. Ten duet jest jak ogień i woda. Pierwszy – wariat, drugi – oaza spokoju. Wspaniale ze sobą rezonują w improwizacyjnych wstawkach, których dość sporo było na naszym spektaklu.

Kasia miała rację, kiedy pisała na instagramie, że głęboki, niski głos Tomka spodoba się paniom. Podpisuję się pod tym wszystkim, czym się da. Postuluję o umieszczenie płyt Tomka na Spotifaju! Ja fizyczne krążki, oczywiście, kupię, ale i tak nie mam gdzie ich odtwarzać w XXI wieku – epoce chmury.

Ale „Miłość w Leningradzie” to nie tylko Mariusz i Tomasz, ale też wspaniały zespół Teatru Miejskiego w Gliwicach. Uwielbiam ich wszystkich, bo widać, że doskonale się bawią grając ten szalony spektakl i że świetnie się ze sobą czują (CZUJą! See what I did there? 😛 ).

Bardzo chcę wyróżnić tutaj Łukasza Kucharzewskiego, który najpierw powiedział prawdę o wódce (wyjątkowo zresztą mądrą 😛 ), a potem z tekstem „Chciałem powiedzieć, że środa to taki mały piątek, ale dzisiaj jest piątek, więc proponuję całkowite zanurzenie” wypił pół litra na hejnał. Brawo! Bardzo mnie to ujęło 😛

Po spektaklu miałyśmy przeogromną przyjemność wziąć udział w pożegnalnej imprezie Łukasza Czuja na patio gliwickiego teatru, dopóki nie przyjechał patrol policyjny, bo wtedy zmuszeni byliśmy zmienić lokalizację na salę prób. Jejuuu! Co to była za noc! Tańce do upadłego, nakładanie sobie jedzenia w ciemności tak, że nie wiadomo było co się je (true story), mnóstwo nowo poznanych ludzi z innego świata (świat artystyczny to wciąż dla mnie inny świat)… Było bosko i chowam to wspomninie głęboko w pamięci jako jedno z najcudowniejszych przeżyć tego sezonu ❤

I teraz słuchajcie mnie uważnie! „Miłość w Leningradzie” będzie grana w jesieni w Teatrze Miejskim w Gliwicach. Proszę to sobie zanotować w pamięci, albo w kalendarzu, jak pamięć krótka, i czaić się na bilety. To jest coś tak cudownego, że na pewno pojadę na to raz jeszcze. Chociaż uważam, że wystawienie „Miłości…” w Krakowie też byłoby niegłupim pomysłem, tym bardziej, że część ekipy jest z Krakowa. Bardzo proszę się nad tym zastanowić poważnie, panie reżyserze! Ja tu czekam, tęsknię i usycham 😛

2 myśli w temacie “„Pieniądze są, a miłości nie”, ale jest „Miłość w Leningradzie” – opowieść na zakończenie sezonu [audio]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s