„Ford vs. Ferrari” aka „Le Mans ’66” – czy mam na to iść, jeśli nie jara mnie motoryzacja?

Multiplex? Nie, megaplex!

Wiecie gdzie powstał pierwszy na świecie megaplex (czyli wielki multiplex; przyjmuje się, że 20+ ekranów to już megaplex)? W Brukseli.

A gdzie byłam w połowie listopada? W Brukseli.

A kiedy jestem niedaleko najstarszego na świecie megaplexu z największym w Europie IMAXem, to jedyne, co mogę wykrzyczeć to „Shut up and take my money”. Nawet, jeśli za film musiałam zapłacić w przeliczeniu 68 zł.

Pewnie na byle jaki film bym nie poszła, ale grali akurat „Ford vs. Ferrari”, które w Europie wyszło pod nazwą „Le Mans ’66”. Gra w nim Matt Damon i Christian Bale, a nie wiem, czy wiecie, ale jak coś jest opatrzone nazwiskiem „Christian Bale”, to mogę to brać garściami i nie znudzi mi się nigdy. Co lepsze, obejrzałam ten film 5 dni przed amerykańską premierą!

Motoryzacja to nie moja bajka

Trochę się obawiałam tego filmu, bo ja nie jestem fanką motoryzacji i np. jeśli chodzi o „Gwiezdne wojny”, to nie bardzo lubię „Mrocznego widma”, bo tam przez pół filmu oglądamy nudnawy wyścig, w którym bierze udział mały Anakin. A w „Ford vs. Ferrari” wszystko się kręci wokół wyścigu, samochodów i seksownych odgłosów silników. Or IS IT?

Po pierwsze, „Ford vs. Ferrari” to nie historia o jeżdżeniu samochodem, tylko o rywalizacji, determinacji, przyjaźni i pasji większej niż cokolwiek innego.

Po drugie, samochody były tu pokazane jak dzieła sztuki i techniki, jak coś wspaniałego i nawet mi się zaczął się ten podziw udzielać.

Co ja tak uwielbiam tego Bale’a?

Dlaczego tak uwielbiam Christiana Bale’a? Pomijając oczywisty powód: ten facet był BATMANEM, to według mnie jest najbardziej utalentowanym i skłonnym do poświęceń w imię sztuki aktorem, jakiego kojarzę. Stał się on ikoną przeobrażania swojego ciała dla roli, kiedy w 2004 wystąpił w  „Mechaniku” jako przeraźliwie chudy cierpiący na bezsenność Trevor Reznik, a rok później zobaczyliśmy go w filmie „Batman: Początek” jako… no Batman, silny, umięśniony człowiek-nietoperz, który lata nad Gotham i ściga przestępców.

Tak samo teraz: rok 2018 – „Vice”, rola Dicka Cheneya, wiceprezydenta sportretowanego jako człowieka z lekką nadwagą; rok 2019 – „Ford vs. Ferrari” i wychudzony Ken Miles. Miał podobno 7 miesięcy na zrzucenie 70 funtów (czyli ponad 30 kg).

Bale jest człowiekiem-kameleonem, jeśli chodzi o dopasowanie się do roli, ale to nie tylko kwestia ciała. Gość potrafi świetnie naśladować obce akcenty. Ken Miles, którego gra w „Ford vs. Ferrari” miał podobno bardzo specyficzny, angielski akcent i właśnie kiedy oglądałam film, Bale był jedyną osobą, którą czasami nie mogłam zrozumieć, bo tak dziwnie gadał.

Aa, bo nie wspomniałam, że ten film opowiada prawdziwą historię. Można powiedzieć, że w pewnym sensie jest to film historyczny.

To wszystko to prawda!

„Ford vs. Ferrari” opowiada o tym, jak Carroll Shelby (ten od samochodu Shelby Cobra, nawet ja kojarzę to auto) oraz Ken Miles stworzyli dla Henry’ego Forda II nowy model samochodu wyścigowego, Ford GT40, by pokonać Ferrari w wyścigu 24h Le Mans.

Wyścig ten polega na tym, że w dobę należy przejechać jak najwięcej okrążeń toru. Mega wyczerpujący, jak się domyślacie.

Ten film jest czymś zdecydowanie więcej niż tylko filmem motoryzacyjnym. Christian Bale jest tak charyzmatyczny, że oczu od niego oderwać się nie da. Matt Damon też jest wspaniały. Jest tu bardzo ciekawy antagonista w szeregach firmy Ford, który chce przeszkodzić Shelby’emu i Milesowi w wygraniu wyścigu.

A zakończenie mnie baaardzo zaskoczyło, bo tej historii wcześniej nie znałam.

Idźcie na to!

I wiecie co? Poszłam na to jeszcze raz. Tym razem do krakowskiego IMAXu. Rzadko mi się zdarza iść na ten sam film kilka razy do kina. Do tej pory byłam na „Interstellar” (3 razy), który jest filmem mojego życia, oraz na „Mad Maxie” tym z Tomem Hardy (2 razy), bo uwielbiam klimat tego filmu, kolory, estetykę i historię. No i teraz „Ford vs. Ferrari”…

Side note. Krakowski IMAX jest sto razy lepszy niż ten brukselski. Serio! U nas jest czysto, fotele są wygodniejsze, ludzi jest mniej… A ekran wcale nie ustępuje temu belgijskiemu.

Podsumowując, dlaczego powinieneś/powinnaś iść na „Ford vs. Ferrari”?

  • Poznasz prawdziwą, mega ciekawą historię o tym, jak Ford bliski upadkowi postanowił pokonać Ferrari na torze wyścigowym (i to jest serio ciekawe, nawet jeśli tak nie brzmi)
  • Zabłyśniesz w towarzystwie znajomością ciekawostek z historii motoryzacji, a może nawet poderwiesz wymarzonego chłopaka albo dziewczynę 😉 ?
  • Możesz zachwycać się Christianem Bale’m ile wlezie! Mattem Damonem też można, jak ktoś lubi.
  • Jest szansa, że poczujesz emocje jak na prawdziwym wyścigu, bo sceny z toru są świetnie nagrane.

Nie ma się co zastanawiać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s